Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
       

Po prostu

"Po prostu" - polskie pismo społeczno-polityczne, wydawane w latach 1947-57 w Warszawie. Najpierw był to dwutygodnik, a od roku 1949 tygodnik. Po prostu było początkowo organem Akademickiego Związku Walki Młodych "Życie". Od roku 1948 do połowy roku 1954 było pismem ZG Związku Akademickiego Młodzieży Polskiej, a następnie ZG ZMP.

Od roku 1955 "Po prostu" ukazywało się jako "Tygodnik studentów i młodej inteligencji", angażując się w ruch na rzecz reform ustrojowych (redaktorem naczelnym w tym czasie był Eligiusz Lasota) i stało się wręcz symbolem przemian "Polskiego Października". Zostało prowokacyjnie zlikwidowane przez władze w roku 1957, co wywołało w Warszawie rozruchy studenckie i zamieszki uliczne.

W skład redakcji wchodziło wielu wybitnych dziennikarzy, którzy publikowali swoje teksty na łamach gazety, m.in. Jerzy Ambroziewicz, Stefan Bratkowski, Marek Hłasko, Jan Olszewski, Lech Emfazy Stefański, Jerzy Strzałkowski, Ryszard Turski, Jerzy Urban, Jerzy Vaulin czy Agnieszka Osiecka.

Pismo to wznowione w roku 1990 przez Turskiego wraz z częścią zespołu, nie zdobyło już uznania rynku i w roku 1991 przestało się ukazywać.

Gazeta w miejscu której została założona "Polityka".

 


 

1 lipca 1947 r. w Warszawie wydano pierwszy numer "Po prostu", studenckiego pisma społeczno – kulturalnego, które od końca 1948 r. było oficjalnym organem Związku Młodzieży Polskiej i służyło władzom komunistycznym do ideologicznej indoktrynacji młodzieży i środowiska studenckiego.

W roku 1955 redakcja pisma radykalnie zmieniła jego charakter. W konsekwencji "Po prostu" stało się jednym z najważniejszych ośrodków życia politycznego w Polsce i bez wątpienia odegrało znaczącą rolę w procesie destalinizacji Polski i wydarzeniach Października 1956 r.

(Nz. Pochód pierwszomajowy 1956 r. - fot. Wdowiński CAF/PAP)

Początkowo "Po prostu" ukazywało się jako miesięcznik, następnie jako dwutygodnik.

Od października 1948 r. stało się tygodnikiem. Wydawane było najpierw przez Zarząd Główny Akademickiego Związku Walki Młodzieży Polskiej i Spółdzielnię Wydawniczą "Czytelnik", później od 1952 r. przez Instytut Prasy "Czytelnik", a od 1955 r. przez RSW "Prasa".

Do 1953 r. "Po prostu" podpisywane było przez Zespół Redakcyjny. Od 1953 r. redaktorem naczelnym pisma był Eligiusz Lasota. W kwietniu 1957 r. zastąpił go na tym stanowisku Ryszard Turski.

W pierwszym okresie swojego istnienia "Po prostu" było narzędziem władzy komunistycznej służącym ideologicznemu podporządkowaniu sobie społeczności studentów i całej młodzieży.

W artykule programowym tego pisma czytamy: "Będziemy otwarcie piętnować te siły, które starają się przeciwstawiać młodą inteligencję nowej rzeczywistości. (...) Będziemy walczyć z oportunizmem, z bezmyślnością, z przejawami separatyzmu wśród młodzieży akademickiej".

Na łamach "Po prostu" dominowały w tym czasie publikacje dotyczące propagandy marksistowskiej, kwestii zjednoczenia działających organizacji młodzieżowych czy też pożądanego klasowo socjalnego składu studentów.

W dziedzinie sztuki tygodnik wierny był socrealistycznej estetyce, wśród literatów publikujących na łamach "Po prostu" czołową rolę odgrywali radykalni zwolennicy zmian w duchu rewolucyjnego komunizmu. Należeli do nich m.in. T. Borowski, R. Bratny, A. Braun, B. Czeszko, K. Gruszczyński, T. Konwicki, T. Kubiak, T. Różewicz, A. Słucki i W. Woroszylski.

Zasięg nieczytanego i pozbawionego autorytetu pisma był niewielki. Pod koniec 1953 roku jego nakład wynosił od 300 do 400 egzemplarzy, które w większości trafiały do bibliotek.

Pierwsze zmiany w redakcji nastąpiły w 1954 r. W "Po prostu" zaczęły ukazywać się artykuły dotyczące codziennych problemów środowiska studenckiego.

Ryszard Turski wspominając ten okres pisał: "Chcieliśmy być porządną gazetą. Chcieliśmy pisać prawdę o rzeczach, z którymi codziennie się stykaliśmy, czyli o życiu i położeniu studentów. Brud w stołówce studenckiej, niskie stypendia, trudne warunki w domach akademickich, brak porządnej opieki zdrowotnej. To był nasz świat i my postanowiliśmy ten świat rzetelnie opisać. Łamaliśmy tabu, a cenzura to cięła. Ale przez to, że część materiałów jednak przechodziła, więc szliśmy coraz dalej, aż weszliśmy na własną drogę – na drogę prawdy".

Na jesieni 1955 r. redakcja "Po prostu" radykalnie zmieniła charakter pisma. Symbolem tej zmiany było zastąpienie dotychczasowego podtytułu "Studenckie Czasopismo Społeczno-Literackie Zarządu Głównego ZMP" nowym "Tygodnik Studentów i Młodej Inteligencji". Oprócz tego pojawiła się zielona szata graficzna, która zastąpiła czerwoną.

W artykule wstępnym we wrześniu 1955 r. redakcja pisała: "Jesteśmy grupą młodych zapaleńców – studentów i absolwentów wyższych uczelni. Ludźmi, którzy nie potrafią nie wtrącać się we wszystko, co się wokół nich dzieje. Jesteśmy grupą niezadowolonych – chcielibyśmy więcej, mądrzej i lepiej. (…) Chcemy (…), wychodząc poza sprawy naszego środowiska, brać żywy udział we wszystkim, co się dzieje w całym kraju. Pragniemy być wyrazicielami opinii młodych o wszystkich sprawach polityki, moralności, gospodarki i kultury".

W skład kolegium redakcyjnego wchodzili wówczas: E. Lasota ( redaktor naczelny), A. Bratkowska( z-ca redaktora naczelnego), S. Chełstowski, B. Kałamacka, W. Szyndler-Głowacki, R. Turski. W 1956 r. dołączyli do niego: J. Ambroziewicz, W. Godek, , J. Ćwiertnia, E. Gonczarski, E. Hołda, J. Kossak, J. Kuczyński, J. Olszewski, J. Urban, W. Wirpsza, R. Zimand.

"Po prostu" zajmowało się wieloma problemami i zagadnieniami, o których dotychczas w PRL-u nie pisano. Tematami artykułów były więc m.in. ciężkie warunki życia studentów, dyskusje na temat nauki marksizmu i leninizmu w szkołach wyższych oraz kwestia stworzenia systemu studiów, który przygotowywałby do samodzielnego myślenia i działania. Na łamach pisma pojawiała się także sprawa reformy i przebudowy ZMP.

Ponadto redakcja publikowała teksty analizujące przyczyny wzrostu chuligaństwa i przestępczości wśród młodzieży, odpowiedzialnością za istniejący stan rzeczy obarczając również władze.

Pismo wzięło również aktywny udział w dyskusji na temat rehabilitacji żołnierzy Armii Krajowej. W artykule "Na spotkanie ludziom z AK" Jerzy Ambroziewicz, Walery Namiotkiewicz i Jan Olszewski pisali: "Starano się wytworzyć przekonanie, że okupacyjna przeszłość AK-owców jest grzechem pierworodnym wobec socjalizmu (…)<<Piętno >>AK-owskiej przeszłości stawiało niżej od tych, którzy w czasie okupacji tchórzliwie stronili od walki (…)Wyrządziliśmy tym ludziom krzywdę, wyrządziliśmy może jeszcze większą krzywdę naszej sprawie. Tę krzywdę trzeba jak najszybciej naprawić, trzeba dokonać moralnej rehabilitacji wielkiej części ludzi naszego pokolenia- byłych żołnierzy AK".

"Po prostu" zaangażowało się również w działania, których celem miała być rehabilitacja niesłusznie skazanych w procesach stalinowskich. Debatę na ten temat rozpoczął artykuł Ambroziewicza i Namiotkiewicza "Niech prawo zawsze prawo znaczy".

Bardzo dużą rolę "Po prostu" odegrało w tworzeniu ruchu klubowego. Opublikowany we wrześniu 1955 r. "Apel do młodej inteligencji" nawołujący lekarzy, inżynierów, nauczycieli i ekonomistów z całej Polski do tworzenia Klubów Młodej Inteligencji spotkał się z dużym zainteresowaniem. Na wiosnę 1956 r. istniało już 130 tego typu klubów, wzorowanych m.in. na warszawskim Klubie Krzywego Koła.

Atrakcyjność "Po prostu" wynikała również stąd, iż publikowało ono teksty pisarzy do tej pory nieobecnych w oficjalnych wydawnictwach, m. in. Brunona Jasieńskiego, Stanisława Ignacego Witkiewicza, Fiodora Dostojewskiego, Ernesta Hemingwaya, Franza Kafkę i Jeana- Paula Sartre`a. Obok nich redakcja zamieszczała teksty Jerzego Andrzejewskiego, Stanisława Dygata, Tadeusza Konwickiego, fragmenty "Złego" Leopolda Tyrmanda, czy też "Obrony Grenady" Kazimierza Brandysa.

Wielkim powodzeniem wśród czytelników cieszyły się opowiadania Marka Hłaski. Pojawiały się także utwory części polskich współczesnych pisarzy emigracyjnych. Wydawano również prace o tematyce filozoficznej i socjologicznej m. in. Leszka Kołakowskiego, Tadeusza Kotarbińskiego, Marii Ossowskiej, Stanisława Ossowskiego i Bertranda Russella.

"Po prostu" w październiku 1956 r. osiągnęło nakład 150 tys. egzemplarzy ( limitowany przez władzę). Stało się jednym z najważniejszych ośrodków życia politycznego w Polsce i bez wątpienia odegrało znaczącą rolę w procesie destalinizacji Polski i wydarzeniach Października 1956 r.

Początkowe poparcie dla Władysława Gomułki szybko przyniosło jednak rozczarowanie. Redakcja domagając się kontynuowania reform i dokończenia polskiej rewolucji, spotykała się coraz częściej z krytyką władz, które oskarżały ją o rewizjonizm.

2 października 1957 r. KC PZPR podjął decyzję o zamknięciu pisma. W uzasadnieniu opublikowanym na łamach "Trybuny Ludu" pisano: "Sekretariat KC PZPR stwierdza, że zespół "Po prostu" w tym również członkowie partii w nim pracujący, od wielu miesięcy przeciwdziałał realizacji uchwał podjętych przez naczelne instancje partyjne, zszedł na pozycje jałowych negacji, przedstawiał w fałszywym świetle polityczną i gospodarczą rzeczywistość kraju, szerzył niewiarę w realność budownictwa socjalizmu i w wielu sprawach głosił koncepcje burżuazyjne."

Zamknięcie tygodnika będącego jednym z symboli Października 1956 r. wywołało protesty studentów. W Warszawie przez kilka dni dochodziło do starć manifestantów z ZOMO i MO. Aresztowano ponad 530 osób. Jeden z demonstrantów poniósł śmierć.

 


Nie udało się tak po prostu

 

Pięćdziesiąt lat temu studenci na rozpoczęcie roku akademickiego dostali pały. Po likwidacji tygodnika "Po prostu" wyszli na ulice. Doszło do pięciodniowych walk z milicją. Opinie na temat tych wydarzeń zebrała Służba Bezpieczeństwa.

Studencki tygodnik "Po prostu" w okresie stalinowskim należał do awangardy drętwej mowy – nudny, nie do czytania. Od jesieni 1954 r. pismo zaczęło się zmieniać. Pojawiły się nowe tendencje i tony, niespotykane w poprzednich latach tematy i opinie. Po latach walki o pokój z kułakami, imperialistami i stonką, nawet banalne sformułowania wydawały się świeże i odkrywcze. Ówczesny autor "Po prostu" Jerzy Urban pisał: "Każdy młody człowiek w Polsce 1955 roku ma prawo do osobistego szczęścia, które jest potrzebne jak chleb, mieszkanie i słońce".

 

 

Nie będzie etapu, towarzysze!

W 1956 r. pismo, już o nowym podtytule "Tygodnik studentów i młodej inteligencji", kierowane przez Eligiusza Lasotę, wytyczało kierunki ówczesnego myślenia, tworząc najbardziej radykalny program reformowania socjalizmu. Już same tytuły mogły budzić niepokój partyjnego kierownictwa: "Na spotkanie ludziom z AK" (Jerzy Ambroziewicz, Walery Namiotkiewicz, Jan Olszewski), "Niech prawo zawsze prawo znaczy" (J. Ambroziewicz, W. Namiotkiewicz), "Antysemici – pięć tez nienowych i przestroga" (Leszek Kołakowski), "Czy zmierzch marksizmu?" (Włodzimierz Gondek), "Program" (Wł. Gondek, Ryszard Turski). Również dzięki takim tekstom wybuchł polski Październik.

Początkowo nowy I sekretarz Władysław Gomułka nawoływał: "Prasa powinna zajmować pozycję awangardy w procesie demokratyzacji". Jednak szybko uznał, że ten proces poszedł za daleko i nakazał dyscyplinowanie niepokornej prasy, która – jego zdaniem – powinna stać się narzędziem polityki partii. Na słuszną drogę miała sprowadzić zespoły redakcyjne instytucja specjalnie do tego celu powołana – Biuro Prasy KC PZPR na czele z Arturem Starewiczem. Już w styczniu 1957 r. Sekretariat KC na wniosek Biura Prasy polecił zlikwidować periodyki "redagowane nieodpowiedzialnie lub wręcz reakcyjnie", m.in. "Wyboje", "Horyzonty", "Współczesność". Wkrótce z kiosków znikły również m.in. gdańskie "Kontrasty", warszawska "Odnowa", wrocławskie "Sygnały" i "Poglądy", krakowska "Zebra", łódzka "Kronika", katowickie "Przemiany". Zmieniono też kilku redaktorów naczelnych: "Życia Warszawy", "Życia Gospodarczego", "Dookoła świata".

Z "Po prostu" sprawa była trudniejsza. Pismo miało ogólnokrajowy zasięg i tysiące wyrobionych politycznie, nonkonformistycznie nastawionych czytelników. Grunt do zamknięcia tygodnika przygotował sam Gomułka. We wrześniu 1957 r. na zebraniu partyjnym w FSO oświadczył: "Mogę powiedzieć tylko jedno: na kontrrewolucyjną działalność pod taką czy inną formą i postacią, na opluwanie partii, na opluwanie socjalizmu my nie pozwolimy! (oklaski). Albo »Po prostu« będzie się mieściło w linii partii i będzie prowadziło tę politykę, jaką partia prowadzi, albo »Po prostu« nie będzie w ogóle wychodzić. Nie ma innej rady towarzysze! Myśmy dawno już mówili, że pomylili się ci wszyscy, którzy powiadali, że październik to etap – etap do odrodzenia stosunków burżuazyjnych, kapitalistycznych! Nie! Nie będzie etapu, towarzysze!".

Po tych słowach na wniosek prezesa Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk "Po prostu" zostało zawieszone. W uzasadnieniu czytamy: "Zespół »Po prostu« wyraźnie zmierza do podważenia podstawy ideologicznej naszego ustroju, do głoszenia teorii burżuazyjnej – integralnej demokracji, do szerzenia zamętu w społeczeństwie w celu przygotowania gruntu pod tzw. drugi etap naszego października, pod hasłem »cała władza w ręce Rad«".

Biuro Prasy wydało embargo na zatrudnianie dziennikarzy tygodnika w ramach RSW Prasa oraz zakaz druku ich artykułów. W ten sposób chciano zastraszyć całe środowisko dziennikarskie. Jako przeciwwagę dla "Po prostu" w 1957 r. stworzono "Politykę". Dwa lata później jej redaktor naczelny Mieczysław F. Rakowski zapisał w swoim dzienniku: "Skończyły się czasy, kiedy prasa wyrażała w jakiś sposób opinię publiczną".

 

Na cztery zmiany

Nie wiedział, że władze nie potrzebowały prasy do poznawania opinii publicznej. Wiedzę o nastrojach społecznych władza czerpała m.in. z raportów Biura "W", specjalnej komórki w ramach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, powołanej do czytania prywatnej korespondencji zarówno krajowej jak i przychodzącej z zagranicy. Jako instytucjonalna kontynuacja powstałej w październiku 1944 r. Cenzury Wojennej Biuro "W" działało do końca Polski Ludowej. W 1956 r. w pionie "W" pracowało 749 funkcjonariuszy, zatrudnionych w sześciu Wojewódzkich Urzędach, 16 Samodzielnych Sekcjach oraz 19 Powiatowych Jednostkach "W". Część z nich przeszła w rewolucyjnym 1956 r. na czterozmianowy system pracy, co "wywołało niezadowolenie wśród pracowników, szczególnie z uwagi na pracę w nocy, w niedziele i święta". Trzeba przyznać, harowali jak woły. Tylko w dwóch pierwszych kwartałach 1956 r. przeczytali ponad 3 mln listów i telegramów.

Ten gigantyczny wysiłek miał służyć pracy operacyjnej, kontrwywiadowczej, walce z przestępczością oraz opozycją. Listy wykorzystywano też jako materiał do analizy opinii publicznej. Z uznanych za interesujące cenzorzy robili wypisy, które zbierano w specjalnych tematycznych raportach przeznaczonych dla ścisłego kierownictwa partii. Nie trzeba specjalnie tłumaczyć, że dziś są one doskonałym źródłem informacji także dla nas. Cenzura przeprowadziła badanie socjologiczne na niespotykaną skalę, segregując, następnie opracowując wybrane fragmenty korespondencji. Dzięki ciężkiej pracy funkcjonariuszy Biura "W" możemy m.in. poznać nastroje społeczne związane z protestami, które wybuchły po zamknięciu "Po prostu".

 

Na pyskach maski

Zamknięcie najpopularniejszego pisma młodej inteligencji wywołało ostry sprzeciw zwłaszcza w środowisku studenckim, czego wyrazem były gwałtowne pięciodniowe zamieszki w Warszawie. Rozpoczęły się 3 października 1957 r. wieczorem na pl. Narutowicza. W wyniku starć, do których rzucony został batalion ZOMO, milicja zatrzymała 19 studentów. Rannych zostało 11 funkcjonariuszy. Następnego dnia samorzutnie zawiązany Studencki Komitet Organizacyjny wysłał emisariuszy do innych ośrodków akademickich, m.in. do Gdańska, Lublina i Krakowa. W wielu miastach doszło do protestów, m.in. we Wrocławiu. Jednak najbardziej gwałtowny przebieg miały one w Warszawie. W stolicy część demonstrantów wdarła się na dziedziniec Komitetu Centralnego i wybiła kilka szyb. Najtragiczniejszy był trzeci dzień walk – toczyły się w rejonie ul. Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich. Milicja zatrzymała 193 osoby. Wśród demonstrantów – jak wyliczają Antoni Dudek i Tomasz Marszałkowski w pracy "Walki uliczne w PRL" – jeden zginął w wyniku wymiany strzałów, jeden zmarł na pogotowiu, trzech zostało rannych od rykoszetów. Pełna liczba poszkodowanych nie jest znana. Rannych zostało także 44 milicjantów. W następnych dwóch dniach nastroje były pacyfikowane patrolami ZOMO, od których zaroiło się na ulicach miasta.

Rozmiar protestu i brutalność milicji wywołały szok u świadków wydarzeń. Oficjalna wykładnia głosiła, że tylko kapitalistyczne państwa używają siły wobec swoich obywateli. W okresie stalinowskim milicjanci nie byli uzbrojeni w pałki, bo władza ludowa nie bije. W październiku 1957 r. okazało się, że bije i to całkiem mocno.

W jednym z listów, których podczas trwania protestów czytano w Biurze "W" około 7–10 tys. dziennie, ktoś pisał:

"Zjechała policja, zachowała się brutalnie, biła gumowymi pałkami. Gdyby nie zjawiła się, tłum sam rozszedłby się, bo nie było nastawienia na jakąś awanturę. Wywiązała się bójka (b. nierówna), pałki, gazy łzawiące, no i dużo ofiar (...). Niesłychana masakra".

Zachowanie "chłopców z Golędzinowa", jak nazywano ZOMO, budziło jak najgorsze skojarzenia:

"Milicjanci wyprawiali to co gestapo, hełmy na głowach, na pyskach maski, zaślinione mordy i zasłużyli na to, że ich nazwali gestapo, faszyści, NKWD i pachołki Moskwy".

Z opisu zawartego w listach wynika, że walki były wyjątkowo zacięte:

"Na placu Jedności Robotniczej było wielu zabitych. W KC wybiliśmy kilkanaście szyb i tu zginęło kilka osób. Milicja wpadała do restauracji i kawiarni i tam bili. Gdy nam zabrakło kamieni, rzucaliśmy butelkami z winem, konserwami itp. Ale oni nawet strzelali do kobiet i dzieci. Proszę Cię zachowaj dyskrecję...".

Zamknięcie "Po prostu" i zachowanie milicji podczas zamieszek odebrane zostało jako ważny symptom odchodzenia od Października.

Ktoś pisał do Anglii: "Nie widzę możliwości życia w kraju i to pod wieloma względami. Polityczny: który właściwie łączy się ze wszystkimi innymi [...] nic nie wskazuje na to, żeby szło ku lepszemu. Wręcz odwrotnie. Od ubiegłego października dość znacznie nam uszu przycięli. [...] Rok temu Październik był możliwy, bo był zupełnym zaskoczeniem. Dzisiaj już nie. W Październiku wszyscy byli za Gomułką, ale tylko dlatego, że on pierwszy dawał choć nikłe nadzieje na przyszłość. Zatem pozostaje tylko droga nielegalna przez »zieloną granicę«".

Chęć wyjazdu wyrażało więcej osób. Wydarzenia przyniosły pierwszy spadek popularności Gomułki.

"...taki stan doprowadza do zniechęcenia społeczeństwa oraz, że Gomułka stracił autorytet i może być drugi Budapeszt".

"Nie miałeś racji odnośnie Gomułki, jest taki sam i też trzyma za mordę".

 

Robotnik umie lać

Opinia publiczna nie była jednak zgodna w ocenie wydarzeń. Część bezdyskusyjnie solidaryzowała się ze studentami. Były też głosy, powiedzmy, umiarkowane, analizy bardziej pogłębione. Autorami tych ostatnich byli m.in. profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego. Jeden z nich, w liście pisanym do Francji, zarzucał władzom (także akademickim) to samo co dziesięć lat później Stefan Kisielewski, gdy mówił o "dyktaturze ciemniaków":

"Cała historia jest bzdurą, możliwą tylko w kraju o tak niskiej kulturze politycznej. Decyzja zamknięcia »Po prostu« – głęboki błąd polityczny, przy autorytecie »Po prostu« jaki zdobyło sobie ono w kraju i zagranicą, a który w kraju stopniowo już samo tracić ostatnio zaczęło. Nie wierzę, że nie mamy już środków oddziaływania politycznego. [...] Gówniarskie władze uczelniane nie pozwalają na wiec w Politechnice. Wolą widać tłum na ulicach niż w zamkniętym gmachu. Wolą tłum, na który można tylko policyjną pałką i gazem, niż taki, do którego można przemawiać. Studentów chcących odbyć wiec na dziedzińcu domu akademickiego policja tam nie dopuszcza. Woli widać walkę uliczną z biciem przypadkowych przechodniów i z całą reklamą polityczną, jakiej się przez to tej imprezie w kraju i zagranicą nadaje. [...] Rektorzy wydają drętwą odezwę [...]. Jak widzisz jest to stek bzdur analfabetów politycznych na wszystkich szczeblach".

Profesor nierozsądne zachowanie władz tłumaczył niską kulturą polityczną. Bodaj większość widziała w tym spisek Natolina, ortodoksyjnego skrzydła partii, które chciało rzekomo wyrzucić Gomułkę z siodła. Brak wolnych mediów sprawiał, że rozkwitała kultura plotki.

"Możliwe, że była to celowa prowokacja, ażeby wywołać następne zajścia i przez to mieć dobry atut przeciwko Gomułce na Zjeździe".

Przede wszystkim dominowała obawa, czy nie dojdzie do powtórki węgierskiego Października. Wówczas niczego ludzie tak się nie bali jak radzieckiej interwencji.

W liście ktoś pisał: "Wszyscy się boją, ażeby Sowiety nie wtrąciły się, już dzisiaj przebierają wojsko w cywilne ubrania, ażeby nie wyglądało, że wojsko bierze udział".

"Organizują jakieś wiece, lecz nic z tego nie wychodzi. Boją się wszyscy za dużo".

List wysłany do Stanów Zjednoczonych:

"Ojciec się zdenerwował tymi wystąpieniami młodzieży. Mówił, że Rosja tylko czeka, aby wkroczyć do Warszawy, widząc, że rząd Gomułki nie może sobie dać rady".

Student: "Akurat teraz wisi u nas na piętrze plakat nawołujący do strajku i bojkotu jutrzejszych wykładów. Planujemy zerwać to w nocy. Jak oni idioci mogą takie coś robić, koniecznie chcą drugie Węgry wywołać, to by im zaszczyt sprawiło [...] chcą koniecznie wilka z lasu wywołać".

W październiku 1957 r. ujawnił się również robotniczy autorytaryzm, który z taką siłą zamanifestował się w Marcu '68. Zarówno wtedy jak i dziesięć lat wcześniej niektórym robotnikom podobała się silna władza Gomułki, której byli skłonni bronić gaz-rurkami. Autorytaryzm i jego psychospołeczne korelaty – lęk i konformizm stanowiły istotny czynnik zachowania porządku społecznego w Polsce Ludowej. Poziom konformizmu wśród robotników był wysoki, co wykazały cyklicznie wówczas prowadzone przez Jadwigę Koralewicz badania sondażowe. Wynikał on z jednej strony z cech systemu społeczno-instytucjonalnego, uzależnienia wszelkich form zorganizowanej działalności od jednego partyjno-państwowego centrum. Z drugiej strony, należy go wywodzić z silnego w rodzinach robotniczych patriarchatu. Robotnikami, którzy chcieli zrobić "porządek ze studentami", mogło kierować nie tylko autorytarne posłuszeństwo wobec władzy, ale również paternalistyczna chęć "uspokojenia gówniarzy".

Jeden z robotników pisał w prywatnym liście: "Na zakładzie u nas mówią, z Mikołajczykiem umieli się łatwo załatwić i PSL diabli wzięli, a z gówniarzami prowadzą całą wojnę. U nas na mechanicznym jeden ślusarz miał rację, gdy powiedział: – Przecież partia mogła posłać do »Po prostu« swoich redaktorów, jak to zrobiono z »Trybuną Ludu«, wtedy pismo albo puszczałoby takie artykuły, które są zgodne z naszą ideologią, albo szmatę by zamknięto. My przygotowaliśmy sobie odpowiednie pałki i czekaliśmy, że nas wezwą na pomoc milicji, wtedy zobaczyliby jak robotnik umie lać".

Gomułka czytał raporty Biura "W". Najpewniej zapoznał się również z tymi, które przygotowano w październiku '57. Pomysł, by dziesięć lat później napuścić robotników na studentów, wyrastał z kultury politycznej karmiącej się walką z wrogiem. Zapewne był także pokłosiem antyinteligenckigo resentymentu partyjnego aparatu i samego Gomułki. Niewykluczone, że powstał po lekturze tego typu listów. Dziś rządzący czytają wyniki sondaży, wówczas woleli prywatną korespondencję.

Marcin Zaremba