Gazeta ludowa

Pierwszy numer ukazał się 4 listopada 1945 r. i poświęcony był zmarłemu 31 października Wincentemu Witosowi. Gazeta była organem prasowym PSL i wychodziła z podtytułem "Pismo codzienne dla wszystkich". PSL było wówczas jedyną partią o przedwojennym rodowodzie i ośrodkiem opozycji antykomunistycznej. Komuniści ograniczali jej nakład do około 70 tys. egzemplarzy i 80 tys. egzemplarzy w dni świąteczne. Redakcja mieściła się w Warszawie przy Al. Jerozolimskich 85.

Medioznawcy podkreślają, że na tamte czasy była to bardzo nowoczesna gazeta: dodatek kobiecy, strony literackie, dodatki okolicznościowe, akcje społeczne. "GL" wydała m.in. specjalny dodatek o Powstaniu Warszawskim. Gazeta ukazywała się do jesieni 1947 r. Po ucieczce Stanisława Mikołajczyka, prezesa PSL i wicepremiera w Tymczasowym Rządzie Jedności Narodowej, zakazano jej wydawania. Do tej pory wyszła tylko jedna monografia poświęcona "GL" - "Gazeta Ludowa. Próba walki o wolność myśli i słowa 1945-1947"

 

 


Zygmunt Augustyński

Wtedy, w latach 1945-46, była taka solidarność ludzka, że ja ją przeżyłem ponownie dopiero w 1980 r., gdy utworzono "S" - "Gazetę Ludową", pismo PSL, wspomina

Małgorzata Skowrońska**, ks. Andrzej Augustyński***: Niewiele osób kojarzy dziś tytuł "Gazeta Ludowa" i jej twórcę Zygmunta Augustyńskiego, przed- i powojennego redaktora. 26 sierpnia minęło 50 lat od jego śmierci.

Prof. Władysław Bartoszewski*: Jestem ostatnim żyjącym dziennikarzem "Gazety Ludowej". Wszyscy pamiętamy zasługi "Tygodnika Powszechnego" w dziennikarskiej walce o suwerenność Polski. "Tygodnik" był pismem dla ludzi z wykształceniem co najmniej średnim. Drukowali teksty znakomitych profesorów, działaczy katolickich. Wszyscy to wiedzą. Niewielu jednak wie, że była ogólnopolska gazeta codzienna, która też walczyła o suwerenność, ale była czytana przez wszystkich. Od rolnika, rzemieślnika po lekarza i profesora. "Gazeta Ludowa" miała podtytuł "Pismo codzienne dla wszystkich". I tak było. To zasługa Zygmunta Augustyńskiego, twórcy i redaktora naczelnego "GL".

Augustyński zaczął tworzyć dziennik w 1945 r. na polecenie byłego premiera RP na uchodźstwie Stanisława Mikołajczyka, który wrócił po wojnie do Polski i został z ramienia Polskiego Stronnictwa Ludowego wicepremierem w rządzie Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. "GL" miała być gazetą ówczesnego PSL. W swoich wspomnieniach redaktor naczelny pisze jednak, że nigdy nie zgodzi się na to, żeby gazeta była partyjną tubą.

- Trzeba przywołać kontekst. PSL Mikołajczyka to była jedyna polska partia, która stała na stanowisku suwerennej Rzeczypospolitej w dobrych stosunkach ze Związkiem Sowieckim, Ameryką i Anglią. Wszyscy rozumieliśmy, że Mikołajczyk przyjechał z upoważnienia Churchilla i z jego poparciem. Inna sprawa, że - jak się później okazało - wszyscy przecenialiśmy to poparcie.

Ci ludzie, którym Mikołajczyk powierzył tworzenie "GL", byli motywowani społecznie. Nikt nie był na usługach partii, bo PSL był wtedy traktowany jako ruch społeczny sprzeciwiający się oddaniu Polski pod rządy Związku Radzieckiego. Przy ludowym programie, który - jak to się dziś mówi - stanowił linię gazety, Augustyński dbał o to, by nie ucierpiała dziennikarska obiektywność.

"GL" nie walczyła o interesy jednej partii, ale o poszerzenie swobód demokratycznych i ideałów oficjalnie ogłoszonych w podpisanej przez Winstona Churchilla i Franklina Delano Roosevelta Karcie atlantyckiej w 1941 r., która określała zasady powojennych stosunków międzynarodowych. Nikt nie uważał, że PSL to partia. PSL to byliśmy my: rolnicy, kupcy, rzemieślnicy, ziemianie, profesorowie, lekarze, inżynierowie.

Jak pan trafił do "Gazety Ludowej"?

- Pracę zaproponował mi polityk ludowy ze ścisłego kierownictwa PSL-u Stefan Korboński. Co prawda później ze względów taktycznych mówiłem bezpiece, że do pracy w "GL" namówił mnie Tadeusz Rek [prawnik, publicysta, działacz ruchu ludowego, usunięty z PSL jako przeciwnik Mikołajczyka, wiceminister sprawiedliwości w okresie stalinowskim]. Wiedziałem, że Rek jest "zaufanym" komunistów. Poznałem go w czasie wojny w Radzie Pomocy Żydom "Żegota" przy charytatywnej robocie ratowania ludzi.

Poza tym mój ojciec był chłopskim synem, inteligentem w pierwszym pokoleniu. Pracował w Narodowym Banku Polskim z Wincentym Bryją, wybitnym działaczem ruchu ludowego z Małopolski. Dobrze się rozumieli, polubili, mieli wspólnotę doświadczeń zawodowych i społecznych. Kiedy chciałem dostać się do "GL" jako jedynej codziennej gazety niezależnej od komuny i uczciwej, poprosiłem ojca, żeby wspomniał o mnie Bryi. Taka rekomendacja była wtedy potrzebna, żeby unikać agentów.

Zacząłem pracę 1 lutego 1946 r. Gazeta wychodziła wtedy ledwie trzy miesiące. Nie traktowałem tej pracy jedynie jako zarobkowej. Zresztą dziennikarze "GL" dostawali w skórę za to, gdzie pracowali. Byliśmy gorzej uposażeni niż koledzy z innych gazet, nie mieliśmy żadnych przywilejów. No może poza stołówką. Była tania i dobra, bo żywność przywozili chłopi z powiatu warszawskiego.

Pamięta pan swój pierwszy artykuł?

- W połowie lutego opublikowałem tekst pod tytułem "Tajny komplet w Żoliborzu. Tragiczna karta w dziejach nauki podziemnej". Augustyński puścił też moje dwie rozmowy ze Stefanem Korbońskim dotyczące działań konspiracji polskiej ratującej Żydów. To było niezwykle ważne, żeby do publicznej wiadomości przedostała się informacja, że w porozumieniu z rządem polskim w Londynie prowadzona była akcja informowania świata i ratowania Żydów. Cenzurze trudno było coś zrobić, bo Korboński był prezesem warszawskiego PSL, a ja byłem świadkiem ratowania Żydów. Wykorzystaliśmy to ofensywnie, żeby pokazać polską postawę demokratyczną i humanitarną, niezależną od partyjnego nastawienia komunistów.

"Gazeta Ludowa" była nowoczesnym dziennikiem. Strony kobiece, specjalne dodatki okolicznościowe...

- Augustyński miał niezwykłe wyczucie i wiedział, jak oddziaływać na opinię publiczną. Z tym trzeba się urodzić. On był dziennikarzem z bożej łaski. Dosłownie. Miał niezwykłe upodobanie do tytułów. Wiedział, jak publicystycznie wykorzystać rocznice. W 1946 r. mogliśmy wreszcie uczcić Powstanie Warszawskie. Wcześniej nie było niezależnej gazety. Augustyński był bardzo wyczulony na temat Powstania - stracił w nim syna i synową. On żył z piętnem tej tragedii. Pozwolił nam pisać o Powstaniu w duchu niepodległościowym. Napisałem między innymi dwukolumnowy tekst pod tytułem "Bitwa o wolną stolicę" - czasami "Wyborcza" drukuje tyle Michnika. Dawaliśmy też przez 60 dni kronikę Powstania Warszawskiego.

"Gazeta Ludowa" jako jedyna informowała o rocznicy Powstania Warszawskiego?

- Nie, ale inne gazety robiły to w limitowany sposób. Najczęściej dawali wspomnienia jakiejś kobiety, która straciła całą rodzinę, a sama przeżyła tragedię. Teza była taka: "Pokazujemy Powstanie jako katastrofę spowodowaną przez dowództwo, które w chęci przejęcia władzy, wbrew woli narodu, prowadziło lud nad rzeź". I dawali fotografie ludzi płaczących nad grobami.

Mój Boże, nieszczęścia były autentyczne. Przecież zginęło w tym powstaniu jakieś 180 tysięcy ludzi cywilnych, którzy nie mieli nawet broni w ręku. Chodziło o grozę i definiowanie wroga. Nie daj Boże, żeby pokazać coś konstruktywnego, co zachęcałoby do działania.

Kto decydował, jakie teksty pojawią się na pierwszej stronie dziennika?

- Augustyński. Zawsze były to tematy polityczne. Takie czasy. Dziennikarze nie mogli się wyżyć, bo komuniści ograniczali papier. Mogliśmy drukować 8 stron, rzadko 12, a zdarzało się, że tylko 6. Spróbujcie wydrukować codzienną gazetę z ogłoszeniami, sportem, kulturą, sprawami społecznymi i partyjnymi na 8 stronach.Gazeta miała ograniczony nakład. Sprzedawana była po cenach paskarskich, z przebiciem nawet 20-krotnym. Tego towaru nie było po dwóch godzinach. Gazetę rozchwytywano bardziej niż zagraniczne kosmetyczne albo bieliźniane produkty kobiece.

Z cenzurą nie mieliście łatwo...

- W tamtych czasach nie miałem jeszcze rodziny. Przesiadywałem w redakcji i w naszej drukarni na Hożej. Spotykałem tam Augustyńskiego, który do późnej nocy czuwał nad składem "GL". Często wysyłał mnie do cenzury, która mieściła się niedaleko, na Koszykowej. Szefem cenzury był Tadeusz Zabłudowski, działacz komunistyczny, inteligent. Zabłudowski pytał: "Panie redaktorze, czy to być musi?". Ja mu na to: "Czy pan oczekuje, panie dyrektorze, że powiem, że nie musi?". Takie to były rozmowy, choć cenzura cięła nas ostro.

W lutym 1946 r. przyszedł pan do "Gazety Ludowej", a wiosną wstąpił pan do PSL. Dziennikarz z legitymacją partyjną?

- Wychowany byłem w dwóch prywatnych szkołach katolickich. Wierzyłem i wierzę w boży plan, którego nie muszę rozumieć, ale on jakiś jest. Jeżeli Bóg dał, że przeżyłem okupację, Oświęcim, Powstanie niedraśnięty nawet, musiałem z tego wyciągnąć wnioski, że wolą bożą była utrzymać mnie przy życiu. Nie miałem wyrobionych politycznie rodziców, ale wiedziałem, że trzeba walczyć o suwerenność Polski. Miałem swoją prywatną motywację: robię, co umiem. Tyle kontekstu duchowego. Teraz polityczny: przyjeżdża były premier rządu w Londynie, Polak wychowany w ruchu ludowym. Nie przysłano go z Moskwy w samolocie. PSL było zorganizowaną grupą, a ja potrzebowałem oparcia.

Zacząłem pracę dziennikarską w "GL" i nikt nie wymagał ode mnie wstąpienia do PSL. Kilka razy zapytano mnie, czy jako dziennikarz nie pojechałbym na spotkania z ludźmi i nie opowiedział historii ruchu ludowego. Jeździliśmy jeepem z demobilu, którego Mikołajczykowi dali Amerykanie. W końcu zdecydowałem się wstąpić do Stronnictwa. We wrześniu 1946 r. powołano mnie do zarządu Warszawa-Śródmieście.

Po wstąpieniu do PSL wzmocniła się pana rola w gazecie?

- Jeśli tak, to w obciążeniach. Nie było żadnych preferencji. 13 listopada 1946 r. wezwał mnie prezes stołecznego PSL Stefan Korboński. Usłyszałem: "Kolego, trzeba się organizować. Będą wybory 19 stycznia 1947 r. Chciałbym, żebyście zajęli się propagandą przedwyborczą Warszawa-Śródmieście". Zgodziłem się, ale pod warunkiem, że redakcja dowie się, jakie mam zadania. Od tej rozmowy na wolności byłem jeszcze 48 godzin.

Wcześniej aresztowano Zygmunta Augustyńskiego.

- Na każdego z nas próbowano znaleźć haka. Mnie bezpieka chciała wmanewrować w powiązania z WiN. Próbowano też ze mnie wydusić krytyczne zdanie o stosunkach w redakcji. Pytano mnie o tajne grupy. Ja na to: "W każdej redakcji jest grupa kierownicza podejmująca decyzje. W »Głosie Ludu « też tak jest".

Czemu tak mało mówi się o "Gazecie Ludowej" i roli, jaką odegrała?

- Szkoda, że tak się stało. Dopiero w 2007 r. ukazała się pierwsza publikacja naukowa na ten temat. Nikt nie zajął się też biografią Zygmunta Augustyńskiego, a on sam nie dokończył już swoich wspomnień. To była bardzo nowoczesna gazeta z wizjonerskim naczelnym. Dla nas, młodych dziennikarzy z "GL", Augustyński był alfą i omegą. Wtedy była taka solidarność ludzka, że ja ją przeżyłem ponownie dopiero w 1980 r. - wtedy, gdy utworzono NSZZ "Solidarność".

Cała działalność PSL-u Mikołajczyka i to, co pisaliśmy w "GL", przyczyniło się do opóźnienia kolektywizacji wsi. Niezawisły PSL skończył się jesienią 1947 r., gdy władzę przyjęli ludzie zależni od komunistów.

Augustyński i ja siedzieliśmy w więzieniu. Zaproponowano mi wyjście w zamian za akt solidarności z lewicą PSL. Komunie zależało na aktach odejścia z ruchu ludowego. Pokazałem im gest Kozakiewicza. Najważniejszy był przykład, jaki dała "Gazeta Ludowa": że nie trzeba się bać.

***

Fragment rozmowy z prof. Władysławem Bartoszewskim z książki "Dziennikarstwo i polityka" wydanej właśnie przez Fundację Rozwoju Społecznego DEMOS.

 


Zygmunt Augustyński

Dziennikarz. Urodził się 4 października 1890 r. jako najmłodsze dziecko spośród dziesięciorga rodzeństwa wójta Odporyszowa, Wojciecha Augustyńskiego. Już jako 17-latek pisał do "Przyjaciela Ludu". Studiował prawo. Był twórcą pierwszej stołecznej gazety, która ukazywała się w poniedziałek. Współtworzył agencję informacyjną "Press". Zakładał Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

W czasie okupacji konspiracyjnie pracował w Delegaturze Rządu RP na Kraj. Z działalności warszawskiej Rady Głównej Opiekuńczej w czasie Powstania Warszawskiego i po nim opracował sprawozdanie, z którym przyjechał do Krakowa do abp. Adama Sapiehy.

W 1945 r. władze PSL powierzyły mu zorganizowanie "Gazety Ludowej". Bezpieka aresztowała go jesienią 1946 r. Po pokazowym procesie 6 lipca 1947 r. skazano go na 15 lat więzienia i konfiskatę mienia. Na początku 1955 r. ze względu na zły stan zdrowia przerwano odsiadywanie wyroku.

Po wyjściu z więzienia zaczął spisywanie swoich wspomnień z czasów "Gazety Ludowej". Pracy nie dokończył. To, co zdążył napisać, ukazało się w książce pt. "Miesiące walki". Zmarł 26 sierpnia 1959 r. w Warszawie. Pochowano go na cmentarzu na Bródnie. W 1991 r. odbył się proces rehabilitacyjny, który całkowicie go uniewinnił.