Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
       

"Merkuriusz" – pierwsza gazeta drukowana w Polsce

W Krakowie, przy Wendecie, czyli placu, na którym handluje się rzeczami używanymi, w kamienicy Szoberowskiej, paru mężczyzn krząta się obok drukarskiej tłoczni. Kamienica Szoberowska, dwupiętrowa, z obrazem Matki Boskiej na fasadzie, jest dość marną ruderą. Mieszkają tu krawiec Carol Swed, niejaki Wawrzyniec Sikorski, bednarz Jakub Kazimierz, cieśla Stanisław i spadkobiercy gdańskiego bibliopoli, czyli wydawcy i księgarza w jednej osobie Jerzego Foerstera. Połowa domu jest własnością Hieronima Pinocciego, spolonizowanego Włocha ożenionego z córką krakowskiego kupca Hieronima Szobera, od którego kamienica wzięła nazwę.

Imć Jan Aleksander Gorczyn wyciąga spod tłoczni leżący na matrycy drukarskiej arkusz papieru z wydrukowanymi czterema stronami tekstu formatu in quarto o wymiarach mniej więcej 19 x 22 cm. Pochyla się nad nim zażywny mężczyzna z długimi do ramion, trefionymi włosami, z zaczesanymi do góry wąsami i wąziutką bródką przyciętą na szwedzką modłę. To Hieronim Pinocci, właściciel nie tylko połowy kamienicy, ale i mieszczącej się w niej drukarni. Mężczyźni uważnie oglądają pierwszą stronę druku. Zaczyna się u góry drzeworytniczym szlaczkiem. Pod nim tytuł: "Merkuriusz Polski, Dzieie wszytkiego świata w sobie zamykaiący dla Informacyey pospolitey". Pod tytułem data: "W Krakowie 3. Ianuarij 1661". Tekst poniżej zaczyna się od pięknego inicjału z literą T: pośród wiązanek gałązek i owoców dwa fauny dmą w trąby, z których wykwitają wielkie liście. Strona kończy się, jak to jest w drukarstwie przyjęte, powtórzeniem tuż pod tekstem, w prawym dolnym rogu, pierwszych liter tekstu z następnej strony - a to dla ułatwienia składania zadrukowanego po obu stronach arkusza drukarskiego, tak by po złożeniu zachowana została prawidłowa kolejność stron. Tak złożonego arkusza drukarze nie rozcinają - tym niech się zajmuje czytelnik.

Panowie Pinocci i Gorczyn są zadowoleni. Na czterech pierwszych stronach błędów nie ma. Odbijają zatem kolejne arkusze ze stronami "Merkuriusza", pierwszej gazety drukowanej w Polsce.

Na pomysł regularnego wydawania gazety wpadli przed paroma tygodniami król Jan Kazimierz i jego żona, królowa Ludwika Maria. Monarsza para przed dwoma miesiącami zjechała do Krakowa, by tu przygotować zasadnicze reformy gnijącego systemu politycznego Rzeczypospolitej. Plany króla i królowej są rozległe: wprowadzenie elekcji vivente rege, czyli wyboru następcy na polskim tronie jeszcze za życia Jana Kazimierza, zaprowadzenie zasady dziedziczności tronu, wzmocnienie władzy królewskiej kosztem ukrócenia samowoli senatorów, przy-znanie królowi prawa mianowania części senatorów, poprawienie sytuacji chłopów.

Ludwika Maria marzy o włożeniu polskiej korony na skronie księcia z francuskiego domu panującego, Henryka Juliusza d'Enghien - pod warunkiem że poślubi jej siostrzenicę.

Dwór świetnie zdaje sobie sprawę, że to ostatni dzwonek, by ratować Rzeczpospolitą. Kraj jest straszliwie zdewastowany wojnami z kozaczyzną Bohdana Chmielnickiego, potopem szwedzkim, najazdem siedmiogrodzkiego księcia Rakoczego, ciągnącą się od sześciu lat wojną z Moskwą, popierającą szukających u niej protekcji Kozaków. I właśnie teraz, po latach straszliwych klęsk, szczęście uśmiechnęło się do Polaków i ich króla. Pół roku temu podpisany pokój w Oliwie zakończył wojnę ze Szwecją i Brandenburgią. Miesiąc później lwi pazur pokazało polskie wojsko: pod Lachowiczami zadało klęskę armii moskiewskiej. Moskiewski wódz Szeremetiew podpisał kapitulację. W polskie ręce wydać musiał wszelką broń, w tym i armaty. Przerażeni słabością kremlowskiego protektora Kozacy czym prędzej podpisali umowę czudnowską, na mocy której wrócili pod polskie panowanie.

Jan Kazimierz nie ma jednak złudzeń, że to początek odrodzenia Rzeczypospolitej. Nie dalej jak przed ośmiu laty pojedynczy poseł swoim liberum veto uniemożliwił obrady sejmu. Od tego czasu praktyka zrywania sejmów rozpleniła się jak zaraza. Sparaliżowany parlament, pusty skarb, buntujący się chłopi, czyhający na okazję do ataku sąsiedzi - bez reform musi się to skończyć katastrofą. Król jest bystrym politykiem. Nie ma złudzeń i nie ukrywa tego, że pozostawienie spraw po staremu skończy się rozbiorem Polski.

Ale reformy przeprowadzić można tylko na sejmie. Stronnictwo królewskie od kilku tygodni rozsyła zaufanych ludzi, by namawiali szlachtę na sejmikach do wyboru posłów sprzyjających zasadzie vivente rege. Przekonywanie prowincjonalnej szlachty idzie jednak opornie. Królewska para decyduje się wydawać gazetę cotygodniową, która informowałaby polityczne elity o przebiegu wydarzeń w kraju i na świecie, a przede wszystkim umacniała autorytet Jana Kazimierza.

Pismo zorganizować miał marszałek Łukasz Opaliński. Z wyborem redaktora i wydawcy Opaliński nie miał kłopotu. Hieronim Pinocci, bardzo bogaty włoski kupiec z Lukki, od 20 lat obywatel Rzeczypospolitej, zaufany człowiek królowej i sekretarz króla, od 15 lat wydawał w Krakowie ręcznie przepisywaną gazetkę cotygodniową. Nie miała tytułu, początkowo pisana była po włosku, ale stanowiła ważne źródło informacji politycznych. Pinocci spisywał w niej co ciekawsze listy polityczne, dokumenty, dodawał też depesze z kraju i z zagranicy. Zdobywał je wszelkimi możliwymi sposobami: z listów, awizów zagranicznych i od własnych korespondentów.

Do pomocy wziął Pinocci bibliopolę Jana Aleksandra Gorczyna. Jan Aleksander, choć uniwersytetu nie ukończył, był wszechstronnie wykształcony. Napisał i wydał kilka książek, w tym popularne wśród szlachty dewocyjne "Kwiatki liliowe", niezbyt udany podręcznik pedagogiki, podręcznik arytmetyki. Z pisania ksiąg dało się wtedy niezgorzej wyżyć. Dochód z tych trzech dzieł starczył Gorczynowi na kupno w Krakowie kamienicy przy Mikołajskiej za 1800 złotych. Sławę przyniosła mu księga kolejna, wydany przed 12 laty panegiryk o zmarłym królu Władysławie IV. Opisy zwycięstw króla nad Moskwą zirytowały cara Aleksieja Michajłowicza, który uważał, że naruszają one postanowienia traktatu w Polanowie, w którym Rzeczpospolita i Rosja gwarantowały sobie wieczystą przyjaźń. Car wysłał poselstwo domagające się ukarania Gorczyna. Po miesiącu rokowań w Warszawie senatorowie zgodzili się, by z wydrukowanych tomów wyrwać kartki z obraźliwymi sformułowaniami i oddać je katu do uroczystego spalenia.

Pinocci ledwie przed trzema dniami dostał przywilej drukarski, a już cały pierwszy numer, przeczytany i zatwierdzony przez marszałka Opalińskiego, wchodzi pod tłocznię. Tytuł gazety wymyślił sam Pinocci. Zapożyczył go z angielskiej gazety "Mercurius Britannicus Communicating the affaires of great Britaine: For the better Information of the People", którą czytywał przed dwoma laty wysłany przez Jana Kazimierza z misją do Londynu.

Pierwszy polski artykuł wstępny Pinocci tak zaczyna: "Ten jest, że tak rzekę, jedyny pokarm dowcipu ludzkiego, umieć i wiedzieć jak najwięcej: tym się karmi, tym się cieszy, tym się kontentuje". Na końcu wstępniaka zapowiada: "Zaczynam to tedy, daj Boże szczęśliwie, od początku roku tego 1661, a zaczynam słusznie od potrzebnej barzo informacjej de praesenti rerum omnium statu [o obecnym stanie wszystkich spraw - W.K.], aby czytelnik, który by tego był minus peritus [mniej doświadczony], na samym wstępie przeźrzał się in Europae politia [w stanie politycznym Europy] i stąd brał objaśnienie dalszych wiadomości, które co tydzień continuare [kontynuować] zechcę". Jak redaktor zapowiada, tak i czyni: pierwszy numer "Merkuriusza" wypełniają informacje o rodach panujących, wojnach, traktatach, politycznych planach i wszelkich ciekawych sprawach z całego świata - od Chin po Jamajkę. Numer kończy się adresem wydawniczym: "W Krakowie, w kamienicy szoberowskiej na Wendecie, dnia 3 Ianuarij A.1661. Cum Privilegio S.M.R.". Ostatni zwrot oznacza, że Pinocci otrzymał przywilej królewski chroniący jego prawa autorskie. "Merkuriusza" nie wolno przedrukowywać bez jego zgody pod groźbą wysokiej kary: od 100 do 300 nawet złotych.

Setkę wydrukowanych, złożonych egzemplarzy Gorczyn oddaje Foersterowi, który będzie je rozsyłał i sprzedawał. Pinocci liczy sobie po 10 groszy od egzemplarza. Słono.

Włodzimierz Kalicki

 

 

źródło: http://wyborcza.pl/1,86176,2470689.html


Powrót do listy artykułów >>